Alex Kłoś
19.07.11
Na tej balustradzie nie będzie można się oprzeć. Od trzech dni budują ją z mozołem dwaj sympatyczni, trzeba przyznać, kolesie. Zbita z sosnowych desek jest równie solidna jak tekturowa, jeden kopniak i zwaliłaby się z trzaskiem z tarasu letniskowego domku w którym mieszkamy. Jestem z rodziną i przyjaciółmi w ośrodku wypoczynkowym pod Lubartowem. Poza nami są tylko lokalsi. Lublin i okolice. Najbiedniejszy region Polski, jedna z 20 wysp ubóstwa Unii Europejskiej.
Właściciel ośrodka pochodzi z Nowego Jorku. Jego żona z Lublina. Kupili stary, pamiętający jeszcze komunę ośrodek nad jeziorem i modernizują go przy pomocy unijnych funduszy. Firma stawiająca balustrady wygrała przetarg, ma kontrakt finansowany w połowie przez Unię Europejską. New Yorker wykłada drugą połowę i jest zakładnikiem sytuacji. Gdyby zdecydował się zerwać umowę, musiałby oddać Unii kasę. Kolejna procedura trwałaby pewnie z rok, a balustrada musi powstać. Niedługo będzie musiał zbudować nową. Tym razem za swoje pieniądze, chyba, że Unia znów sypnie kasą.
Chłopaki od balustrady o stolarce mają pojęcie równe mojemu. Sytuacja kojarzy mi z tym co pamiętam z PRL-u. W czasach mojej młodości publiczna kasa też wyrzucana była równie komicznie w błoto. Znów jest jak w filmach Stanisława Barei.
W domku obok mieszka rodzina. Małżeństwo około sześćdziesiątki, z prawie dorosłymi dziećmi. Nie wiem, może ci ludzie są młodsi, ale tylko tak wyglądają? Gdy odwracam wzrok w ich kierunku, zawsze napotykam na obserwujące nasz taras baczne spojrzenia. W pewnej chwili robi się to krępujące. Czy patrzą na nas dlatego, że jesteśmy, co widać gołym okiem, reprezentantami bogatszej części kraju? Czy może dlatego, że znają moją twarz z reklamy w której zagrałem Batmana?
Nie dane jest mi się dowiedzieć. Ruszam w kierunku plaży. Po drodze spotykam New Yorkera. Na co dzień jest dyrektorem finansowym dużej agencji reklamowej, ośrodek to alternatywny biznes. Mieszka w Warszawie. Ma czapkę bejsbolową i wygląda na starego hip hopowca. - Beasty Boys? - zagajam. - Jasne, chodziłem na ich koncerty - mówi. Był na koncercie Public Enemy w Stodole i nie rozumie dlaczego na takim bandzie było tak mało ludzi. Tłumaczę, że gdy byliśmy młodzi hip hop nie był w Polsce szczególnie popularny. Public Enemy to za stary band dla dzisiejszych dzieciaków.
Idę dalej. Ze śmietnika puszki po piwie wyciąga niedorozwinięty chłopak. Zbiera kolorowy złom do worka zawieszonego na kierownicy roweru. Nie jakiejś Ukrainy, a nowego lśniącego lakierem. Daję mu trochę monet i patrzę mu w oczy, widzę zmęczenie. Dzień potem pojawia się w T-shircie ze Stevem Vaiem. Tego dnia puszki wyciąga też inny zbieracz. Ubrany jak kolaż, ma kask i okulary. Gdyby tylko trochę odczyścił ciuchy, to z powodzeniem wtopiłby się w tłum uczestników maratonu MTB.
Dochodzę na plażę. Jezioro jest nieduże, plaża mniejsza niż nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Jest weekend i tłum. Dzieci szaleją. Budują z rodzicami piękne konstrukcje z piasku, z podziwem patrzę na Stadion Narodowy. Młodzież gra przez porwaną siatkę w siatkówkę plażową, kolesie kopią piłkę. - Przepraszam, czy może ma pan pompkę do materaca? - pyta mnie łysy, potatuowany chłopak bez zębów na przedzie. - Mam, ale w domku - tłumaczę. - Rozumiem, przepraszam - mówi i odchodzi do swoich kumpli. Z wody wychodzi facet z amputowaną ręką. Za nim idą dwie kilkunastoletnie dziewczynki. - Stawiasz? - Stawiam - odpowiada. W pewnej chwili czuję, że jestem przebodźcowany. Wychodzę. Mijam bar. Można w nim kupić kebab. Kosztuje 9.50. - Kebab jest z makro - mówi dziewczyna pracująca w barze i pokazuje plastikową torbę. Daje mi spróbować sosów do kebabu. Oba w niczym nie przypominają tych, które znam z prawdziwego kebabu.
Idę w kierunku parku linowego. Jest świeżo otwarty i wypasiony, jeden z najdłuższych w Polsce. Na końcu stoją dwa indiańskie tipi. Przy bramie do indiańskiego obozu stoi tabliczka: wstęp 5 zł, pięć strzałów z łuku 5 zł, rzut toporkiem 3 zł.
Na spotkanie wychodzi mi gospodarz. Indianin, nie prawdziwy, bo miejscowy, ale autentyczny, bo z wyboru i zamiłowania i wyglądu (mokasyny, spodnie z frędzlami, skórzana bluza, wisiorki, długie włosy i kolczyki). Strzelanie z łuki idzie mi cienko. Indianin i jego towarzysze to ciekawi rozmówcy. Wpadam po zmroku. Siedzą przy ognisku z dwoma kolesiami z parku linowego. Z zaparkowanego przy tipi samochodu leci stary rock’n’roll. Gospodarz pyta skąd jestem. Mówię, że z Warszawy. - Mieszkałem tam cztery lata. Skumałem się z motocyklistami. Na Ursynowie mieszkałem w garażu. Wolę żyć tutaj. Tu nie ma lansu. Nie ma się na co lansować. Ci którzy się chcieli, już wyjechali. Do Warszawy - tłumaczy. Zaczyna się „If 6 Was 9”. Ten numer kojarzy mi się z „Easy Rider” i sceną w której dwaj bohaterowie wjeżdżają na swoich kosmicznych maszynach do miasta. Czuję, że na mnie już czas. Żegnam się. Idę przez ciemny las. Aż do końca odprowadza mnie Jimi Hendrix.
