zaloguj się
SZTUKATEATRFILMMUZYKAMUZYKA KLASYCZNAOPERAKSIĄŻKATANIECDESIGNARCHITEKTURAFOTOGRAFIAHOMOŁADNIEKOBIETYPOLITYKA KULTURALNA

CZŁOWIEK KULTURALNY

WARSZAWA JEST RAJEM!

TEKST: Mike Urbaniak

ILUSTRACJE: Arobal

15.11.11

W naszym rankingu „Grube ryby warszawskiej kultury” zajął pierwsze miejsce, choć nie piastuje żadnego stanowiska. Prowadzi na Woli kultową klubokawiarnię Chłodna 25, która kończy właśnie siedem lat. Jest liderem niezależnego środowiska kulturalnego stolicy, prawdziwym panem od kultury. Grzegorz Lewandowski 

 

Jesteś grubą rybą?
– Trudno jest mi mówić o tym, co się teraz dzieje w mieście.

Nie pytam o to, co się dzieje w mieście, tylko czy jesteś grubą rybą?
– W porównaniu do innych osób w waszym rankingu, jestem raczej płotką, która prowadzi niewielką spelunkę na Woli, i która przez siedem lat zebrała sporo znajomych na Facebooku.

Nie tylko jesteś w rankingu, ale zająłeś w nim pierwsze miejsce.
– I próżność, którą człowiek stara się w sobie zabić, została połechtana. A poważnie, to nie bardzo rozumiem tę moją wysoką pozycję, bo kiedy patrzę na miejsca pozostałych osób, choćby na dyrektora Biura Kultury Marka Kraszewskiego czy dyrektora Opery Narodowej Waldemara Dąbrowskiego, to w nich widzę grube ryby.  Na czym polega władza w kulturze? Na pieniądzach. Rządzi ten, kto je rozdziela. 

Jest jeszcze tak zwana miękka władza, czyli wpływy, znajomości, opiniotwórczość.
– Rozmajmy poważnie. Ja nie mam żadnych wpływów. Co mi się udało zrobić przez ostatnie lata? Grubą rybą to jest Maciek Nowak czy Beata Chmiel, która po sukcesie 1% Obywateli Kultury zeszła z aktywnością na poziom warszawsko-lokalny i zaczyna rozgrywać.

Dlaczego więc dziennikarze, których poprosiliśmy o nominacje dali ci najwięcej głosów?
– Pewnie im zapłaciłeś.

U nas z kasą krucho.
– Jedyną rzeczą, na którą miałem wpływ wraz z kilkoma innymi osobami, było wyciągnięcie tematów związanych z kulturą, organizacjami pozarządowymi, finansami i konkursami na światło dzienne i pokazanie, że można coś z tym zrobić, że warto o tym rozmawiać. Temat pojawił się w mediach i debacie publicznej. Było też po drodze mnóstwo spotkań, jak choćby reAnimator, ale skończyło się to, delikatnie mówiąc, niczym. Jest mi oczywście z tego powodu przykro. Nas po prostu nie słuchano. Przykładem jest działalność pełnomocniczki ds. Europejskiej Stolicy Kultury Ewy Czeszejko-Sochackiej. Możesz mnie więc nazywać raczej cienkim śledziem.

Słyszę w twoim głosie rozczarowanie. Gdzie są pozytywistyczne zaangażowanie i energia sprzed paru lat?
– Trzeba przemyśleć parę spraw. Kiedyś naiwnie, młodzieńczo wierzyłem, że można dużo zrobić i to jest bardzo proste. Obserwowałem, jak działa mój prywatny dom kultury Chłodna 25 i myślałem, że pewne rozwiązania można zastosować choćby w miejskich domach kultury. To się nie udało. Nie twierdzę, że zjadłem wszystkie rozumy i że wiem, jak kultura w Warszawie powinna być zarządzana. Wydaje mi się jednak, że wiem jak nie powinna, jak z powodu braku spójnej i pełnej wizji strategicznej marnotrawione są miejskie środki, widzę sporo prostych możliwości zmiany. Dlatego między innymi zaangażowałem się w działanie w Komisji Dialogu Społecznego ds. Kultury.

Dlaczego ostatnio zrezygnowałeś z jej przewodniczenia?
– Bo zrozumiałem, że efekty są mizerne i przeszkadzam. Wydawało mi się, że walczymy o coś ważnego, potrzebnego, o coś, co jest możliwe, ale to się nie udawało. Że mimo powszechnej zgody na zmiany – stoimy w miejscu. Dziś czuję, że trzeba to robić inaczej, ale nie wiem jeszcze jak. Skończył się okres naiwnego obywatelskiego zaangażowania. Wszystko okazuje się twardą grą polityczną, w której nie ma sentymentów. Są interesy. 

Może powinieneś zostać politykiem?
– Muszę się jeszcze sporo pouczyć.

Nie dostałeś propozycji przed ostatnimi wyborami samorządowymi?
– Dostałem, ale obaj wiemy, jaki jest los aktywistów-oszołomów. Polityka to granie w grupie na kogoś, kto często nie jest zainteresowany realną zmianą. Ja bym chciał grać na coś konkretnego, na coś pozytywnego. Przez lata zachowywałem się lojalnie wobec paru urzędników, ale okazało się, że to na nic. I kiedy zacząłem krytykować sposób w jaki działają, usłyszałem, że jestem nielojalny. Dlaczego wy znowu z nami walczycie? Może coś robiliśmy źle, może nie umiejętnie komunikowaliśmy nasze motywacje i cele? Ostatecznie mogę, jak się okazuje, wywołać tylko burzę w szklance wody i napisać coś na Fejsie.

Tylko tyle?
– Jedno się udało. Dzięki zaangażowaniu Aliny Gałązki i Aldony Machnowskiej-Góry udało się wyciągnąć z urzędniczych szuflad Program Rozwoju Kultury w Warszawie do roku 2020. Jeśli ktoś śledzi prace wokół dokumentu od początku roku to wie, że być może będzie on nawet niedługo uchwalony przez Radę Warszawy. 

Dlaczego jest tak kiepsko?
– Powodów jest wiele, ale mnie najbardziej doskwiera pewna słabość środowiska, w którym zawsze widziałem olbrzymią siłę polityczną. Nie potrafiliśmy mówić jednym głosem, daliśmy się podzielić, rozproszyć. Kiedy urzędnicy nam na coś pozwalali, to my – jako środowisko – kłóciliśmy się albo robiliśmy projekty z cyklu znajomi dla znajomych. Poza tym olbrzymia większość, i mówię to ze smutkiem, zmuszona jest walczyć o swoje sprawy, a zaangażowanie w zmiany na poziomie miasta wymaga odłożenia na bok partukularnych interesów.

Naprawdę nie ma miejsca na wspólne działanie?
– Oczywiście, że jest, ale trzeba tego chcieć, trzeba mieć na poziomie grupy zdefiniowany wspólny cel i poddawać starania o jego osiągnięcie ciągłemu ocenianiu, analizie. O to jest bardzo trudne. Podobnie jest ze środowiskowym działaniem na rzecz miasta – po czterech latach starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury chcieliśmy, by przeprowadzono ewaluację projektu. Chcieliśmy wyciągnąć wnioski, bo porażka była spektakularna. A miasto odpowiadało, że domagamy się palenia na stosie. Nikt nie chce tej ewaluacji do dziś przeprowadzić.

Może chodzi o to, że niemal wszyscy są umoczeni?
– To był bez wątpienia olbrzymi sukces Ewy Czeszejko-Sochackiej. Mnóstwo osób zaangażowanych od lat w dyskusję na temat kształtu reform przyjęło od pełnomocniczki różne zadania i stanowiska. Niewiele sensownego udało się zrobić. Odbijaliśmy się od urzędniczej ściany. A w związku z tym, że przyjęliśmy te stanowiska, realizowaliśmy projekty – dziś trudno się domagać rozliczenia. Przeciwnicy ewaluacji słusznie odpowiadają – robiliście, to o co wam chodzi? Nasza pozycja negocjacyjna osłabła. A zwycięstwem nad dojrzałą i nowoczesną myślą kilku osób pracujących nad ESK2016, której nie udało się przebić przez chaos towarzyszący projektowi jest to, że jedynym tematem jest, kto i ile zarobił na pracy dla miasta. Problemem jest to, że nie było żadnej wizji. Zastanawiam się teraz, czy te doświadczenia starań o ESK mogą być lekcją na przyszłość, bo prędzej czy później zdarzy nam się podobny projekt. I co wtedy?

Mnie się wydaje, że to co mówisz, to jest wołanie na puszczy. Nikt żadnych konstruktywnych i krytycznych uwag nie słuchał i nie słucha.
– To prawda, sam tego doświadczyłeś. Byliśmy traktowani jak oszołomy, które trzeba uciszyć. Nie rozmawialiśmy o programie, promocji, budżecie, wizji. Wszystko było tajne. Więc ponawiam pytanie: jaka ze mnie gryba ryba? Zobacz, że nie udało nam się nic, poza wkurwieniem urzędników i części środowiska.

Jestem w Gdańsku, słyszę, że jest super. Jadę do Katowic, słyszę, że jest super. W Warszawie słyszę tylko, że ciągle coś jest nie tak.
– Bo my wymagamy więcej, jesteśmy na innym poziomie, niż pozostałe miasta. W sensie ilości pieniędzy, programów, organizacji pozarządowych, instytucji, kreatywnego towarzystwa, widowni. Pod każdym względem jesteśmy daleko z przodu. Warszawa to raj! Oczywiście możesz iść do fajnej instytucji w Gdańsku czy Katowicach, ale w Warszawie mamy takich instytucji kilkanaście. Warszawa nas denerwuje, ale daje na kulturę tyle, co reszta miast łącznie. Nawet przy okrojonym budżecie mamy 19 milionów tylko na organizacje pozarządowe, 80 milionów rocznie na same teatry. Gdzie tak mają? No gdzie? Ale jednocześnie zawsze powtarzaliśmy urzędnikom, że może być jeszcze lepiej, że Warszawa może być w awangardzie sposobu zarządzania i finansowania kultury. W innych miastach uczą się dopiero dialogu z miastem, uczą sie od nas.

Wszyscy powtarzają, że mamy za dużo teatrów i czepiają się Biura Kultury, że nic w tej sprawie nie robi.  A tu zielone światło musi dać sama góra.
– To prawda, a widzieliśmy wielokrotnie w przeszłości, że kiedy Hanna Gronkiewicz-Waltz coś postanowiła, bo jej na czymś zależało, to robiono to od razu. Ja mam do niej zaufanie, bo widzę, że miasto naprawdę się rozwija, zmienia, buduje. Pani prezydent potrafi też dobierać sobie świetnych urzędników. Bardzo mnie ucieszyła nominacja Michała Olszewskiego, genialnego speca od funduszy europejskich, na wiceprezydenta. Z drugiej strony zdarzają się oczywiście nominacje chybione, jak na przykład Ewa Czeszejko-Sochacka.

Dlaczego, mimo powszechnej krytyki, jej nie zmieniono?
– To jest dla mnie tajemnica, bo wszyscy przecież wiedzieli, że była niekompetentna. I nie chodzi teraz o to, żeby się nad nią pastwić. Nie ma po co, ale jej niekompetencja była po prostu porażająca. Pytałem wielokrotnie w ratuszu: dlaczego jej nie zmienicie? Zawsze słyszałem, że wybory, że to, że tamto. I ja to nawet jakoś rozumiałem, bo to już nie jest dyskusja na posiedzeniu komisji dialogu społecznego, to polityka. Może marna, ale jednak polityka ze wszystkimi jej zasadami. Zrozumienie tego jest kluczem do znalezienia skutecznych metod działania, do ogarnięcia, co dzieje się w mieście, także w sprawach kultury. Musimy zrozumieć tę naszą lokalną politykę. Bo to nie jest tak, że urzędnik sobie decyduje np. o zamknięciu jakiegoś teatru, przesunięciu środków budżetowych, zmianie wieloletnich planów. Musimy zrozumieć, że do niego wtedy może przyjść radny-polityk i powiedzieć: Słuchaj stary, ty tego nie ruszaj, bo ja ciebie przesunę. 

Dlaczego nie było cię na spotkaniu powołującym Warszawskich Obywateli Kultury?
– Bo się wycofałem. Muszę odpocząć i się pouczyć, bo trzeba mieć wiedzę i dojrzałość, żeby zrozumieć kim jest urzędnik, kim jest miejski polityk, co oni mogą, od kogo zależą, jak to wszystko funcjonuje. Ostatnie lata uświadomiły mi, że dopóki tego nie opanuję, to wszelkie działania na rzecz stołecznej kultury będą chaotyczne i bezcelowe. A ja uwielbiam Warszawę, jaram się tym miastem. Kocham ten nasz syf i nowoczesność, kocham ludzi, którzy robią beznadziejne i fajne projekty. Chciałbym, żeby Warszawa na polu kultury miała takie sukcesy, jak na polu infrastruktury. Czuję, że miasto do tego dojrzewa. Urzędnicy zrozumieją kiedyś, że obywatele nie są ich przeciwnikami. My tu żyjemy i chcemy, żeby to miasto się rozwijało.

Chłodna 25 kończy siedem lat i stała się jednym w symboli Warszawy, jak palma na rondzie de Gaulle’a. Czym jest dziś to miejsce?
– Chłodna to – i zawsze tak było – przede wszystkim ludzie. To oni tworzą to miejsce. Mieliśmy różne fazy, lepsze i gorsze momenty, byliśmy bardziej zamknięci i otwarci. Chłodna to przestrzeń stworzona dla spotkania. Jego efektem jest czasem mały projekt muzyczny, a czasem oddolna propozycja reform. Teraz mamy w mieście wiele podobnych miejsc i to mnie bardzo cieszy. Warszawa na tym z pewnością korzysta. Dopiero na Chłodnej zdałem sobie sprawę, jak wiele jest osób, które chcą coś zrobić nie dla siebie, ale dla Warszawy, która jest bogata, olbrzymia, chaotyczna, brzydka, śliczna, stara, nowa. Można sobie pojechać na weekend do Krakowa, ale to w Warszawie się oddycha!

 

Ranking Grube ryby warszawskiej kultury znajdziecie w papierowym wydaniu WAW. Grzegorz Lewandowski zajął w nim pierwsze miejsce. W przygotowaniu kolejna rozmowa – z Bogną Świątkowską, numerem dwa w rankingu.

TEKSTY

przeglądaj wszystkie

CUD NAD WYSPĄ

Mike Urbaniak

_
04.09.11

DAJĘ RADĘ

Mike Urbaniak

_
23.06.11

PITBULL KULTURY

Mike Urbaniak

_
14.06.11

THE BORIS

Mike Urbaniak

_
07.06.11

©2011 UPTOWN MEDIA, Design: Edgar Bąk